Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnio obejrzane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnio obejrzane. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Z cyklu Szpilki w kinie : Droga do zapomnienia & Grand Budapest Hotel


Ostatnio redakcja Sm&p by nadrobić filmowe zaległości w końcu wybrała się do kina!  Od jakiegoś czasu repertuar nie do końca wpisywał sie w nasze filmowe gusta – i tak też było pewnego piątkowego wieczoru. Mimo to postanowiłyśmy zasiąść przed kinowym ekranem i miło spędzić czas. Wybór padł na Drogę do zapomnienia – dramat obyczajowy w reżyserii Jonathana Teplitzky’ego  . To, co skłoniło nas do zakupienia biletów to obsada- uwielbiany od czasów Dziennika Bridget Jones Colin Firth i królowa melodramatów –Nicole Kidman. Trzeba przyznać, że aktorzy naprawdę sie spisali-Kidman po raz pierwszy od kilku lat pojawia sie nie w roli blondwłosej piękności, ale intrygującej brunetki ( miła odmiana!:) Scenariusz filmu został napisany w oparciu o książkę Erica Lomaxa-brytyjskiego oficera, który w czasie II wojny światowej został zesłany do japońskiego obozu jenieckiego. Po latach główny bohater (Colin Firth) spotyka dawnych oprawców i próbuje zmierzyć się z wydarzeniami z przeszłości. W tej ciężkiej drodze i towarzyszącemu jej  pragnieniu zemsty, nienawiści, ale i chęci zrozumienia i wybaczenia wyrządzonych krzywd, pomaga mu żona Patti (Nicole Kidman). Nie jest to z pewnością film, przy którym można się dobrze bawić, dlatego lepiej wybierzcie taki dzień, w którym będziecie przygotowani na dość emocjonalne i psychologiczne kino. Film zobaczyć warto, bo po pierwsze jest to (mimo wszystko) piękna opowieść mówiąca o wielkiej, ludzkiej sile ( przebaczania) tkwiącej w każdym z nas, a po drugie to historia oparta na faktach, co sprawia, że oglądamy ją z jeszcze większym zainteresowaniem!




 Po ciężkim kinie musi przyjść czas na coś lekkiego i pełnego humoru! I oto jest nowy film Wesa Andersona Grand Budapest Hotel. Trzymający w napięciu od początku do końca, zabawny, z iście gwiazdorską obsadą, cudownie kolorowy i tak uroczo cukierkowy – po prostu świetny! Jesteśmy pod dużym wrażeniem tego co i w jaki sposób udało się stworzyć reżyserowi. Wszystko, co widzimy na ekranie-przede wszystkim kostiumy i scenografia, swoimi kolorami przywodzą na myśl same słodkości, a jakby tego było mało małe różowe torciki kradną niemal każdą scenę:),  Jedno jest pewne –Wasz poziom cukru z pewnością wzrośnie!;) O czym w wielkim skrócie jest GBH ? Narratorem opowieści jest Zero Mustafa (F. Murray Abraham /Tony Revolori) -niegdyś lokaj w Grand Budapest Hotel, teraz jego właściciel. Jej główny bohater to konsjerż Pan Gustave H.(Ralph Fiennes) –mentor i nauczyciel Zero, legenda hotelu. Początek wspólnych perypetii to moment tajemniczej śmierci zamożnej kochanki Pana Gustava-Madame D.(Tilda Swinton- aż trudno ją rozpoznać!) i sprawa jej testamentu…Okazuje się, że Madame D. zapisała kochankowi równie słynny co cenny obraz zatytułowany: Chłopiec z jabłkiem( prawie jak Dama z łasiczką;) Kiedy rodzina Madame przeciwna nowemu spadkobiercy oskarża go o jej morderstwo, Pan Gustave z pomocą Zero ucieka z obrazem… Mamy nadzieję, że o tym, co stało się z głównymi bohaterami i z czym przyszło im się zmierzyć dowiecie się podczas Waszego wieczoru filmowego.To obowiązkowy seans dla fanów Wesa Andersona,ale i dla tych wszystkich, którym potrzeba dużej dawki humoru ! Serdecznie polecamy -Sm&p!;)


To MIŁEGO OGLĄDANIA!

HW

sobota, 1 marca 2014

Kino lat 90-tych : Thelma & Louise

       Od mojego ostatniego posta na Sm&p minęły już chyba wieki( a przynajmniej tak mi się wydaje)! W najbliższym czasie nie planuję robić sobie tak długich przerw-następna pewnie przyjdzie wraz z początkiem sesji letniej, ale o tym- póki co -nie chcę nawet myśleć..;) Już za niedługo gala wręczenia Oscarów, dlatego spodziewajcie się jakiegoś komentarza z naszej strony, bo z niecierpliwością czekamy na werdykt Akademii. Mogę zdradzić również, że podobnie jak to było w przypadku Targów Rzeczy Fajnych będziemy obecne na Fashion In Kraków, a wrażenia jakie dostarczy nam to kolejne już modowe wydarzenie, z pewnością opiszemy na naszym blogu. To by było na tyle z zapowiedzi. Dzisiaj zabieram Was do lat 90-tych- dekady w historii kina, którą bardzo bardzo lubię!



    Skuszona niegdyś ofertą promocyjną w salonie Empik albo raczej ogromną twarzą Brada Pitta na tekturowym pudełku ( tak, to chyba miało duże znaczenie..;)  zakupiłam pakiet trzech filmów z jego udziałem. Na box składały się: Fight Club, California oraz Thelma & Louise. Dopiero niedawno w końcu udało mi się zobaczyć ostatni z filmów i muszę przyznać, że chyba stanie się on jednym z moich ulubionych. Pomimo tego, że filmy drogi ( bo takim bez wątpienia Thelma&Louise jest) bywają nudne, ale w tym wypadku nudzić się nie da. Jest to historia dwóch przyjaciółek: Louise Sawyer (Susan Sarandon) i Thelmy Dickinson (Geena Davis), które postanawiają zrobić sobie kilkudniowy babski wypad. To ma być weekend pełen zabawy i oderwania się od codzienności- zwłaszcza, że nie dostarcza im ona wielu wrażeń- Louise pracuje jako kelnerka, a głównym zajęciem Thelmy jest zajmowanie się domem i tym, czego w danej chwili chce jej mąż. Po namowach Louise, Thelma decyduje się na wspólną wyprawę. Mimo, że ma ona trwać zaledwie kilka dni, walizki ledwo mieszczą się w bagażniku (zabierają ze sobą nawet wędki!) jakby przeczuwały, że ich nieobecność będzie trwała dłużej niż sobie zaplanowały… Z pozoru błahy wyjazd zamienia się w długą, pełną przygód, rozczarowań i nowych doświadczeń podróż. Towarzysząc im w desperackiej ucieczce (bohaterki są ścigane za popełnienie przestępstwa) zauważamy, że nie tylko uciekają przed wymiarem sprawiedliwości, ale przede wszystkim przed powrotem do szarej rzeczywistości. Thelma i Louise zabierają nas w niezwykłą podróż- taką, która dostarczy nam emocji i pozwoli zachwycić się Amerykańskim Południem. Pomimo tego, że beztroski wieczór spędzony na zabawie przeradza się w koszmar, to jak się później okazuje, jest świetną okazją do zastanowienia się nad tym, czy życie, jakie wiodą bohaterki jest takim, jakiego naprawdę chcą?  W miarę upływu czasu w Thelmie i Louise odzywają się nieznane dotąd instynkty i umiejętności. Okazuje się, że bezbronna wobec męża Thelma ma na tyle odwagi by dopuścić się napadu z bronią w ręku(!), Louise zaś uświadamia sobie, że pragnie wolności i niezależności. Można o nich powiedzieć- zbuntowane feministki- pragnące samodzielności i życia według własnych zasad. Film Ridleya Scotta to opowieść o pięknej przyjaźni, damskiej solidarności i o tym, że bez wolności, dążenia do celu i wsparcia trudno jest cieszyć się życiem…

    Co do samej fabuły- nie chcę Wam psuć przyjemności, dlatego postanowiłam nie streszczać dokładnie całej historii, bo liczę, ze sięgniecie po tą klasyczną już filmową pozycje.  Film oprócz ciekawego scenariusza ma jeszcze kilka zalet-znakomitą ścieżkę dźwiękową i świetne kreacje aktorskie- duet Sarandon i Davis. Poniżej zamieszczam kilka utworów, jakie znalazły się na płycie z soundtrackiem Thelmy & Louise - jest rock, dużo country i nawet trochę rock’n’rolla- idealna muzyka na podróż-pełna dobrej energii;) ! Swoją drogą marzy mi się taka wyprawa- mogłabym być jak Thelma i Louise- założyć okulary przeciwsłoneczne, owinąć twarz i włosy szalem, mieć na sobie wytarte dżinsy, biały podkoszulek i przemierzać Stany wzdłuż wschodniego i zachodniego wybrzeża, do tego wiatr we włosach, pełny bak, „portfel cały wypchany dolarami”….. Tylko jednak wolałabym nie być ścigana przez wszystkie możliwe stanowe oddziały policji i oczywiście nie mieć tylu przestępstw na koncie ,co filmowy duetJ

            1.Chris Whitley- Kick The Stones


2.B.B. King- Better not look down



 3.Grayson Hugh-I Can't Untie You from Me



4.Charlie Sexton - Tennessee Plates



 5.Hans Zimmer- Thunderbird



Holly Wood

sobota, 1 lutego 2014

Dzisiaj...Oscarowo!

  Największa i najważniejsza impreza filmowa dopiero przed nami. Gala wręczenia Oscarów to tradycja, która ma już 86 lat! Jest wyznacznikiem tego, co danego roku w kinie było podobno NAJLEPSZE. Wybierani są najlepsi aktorzy, najlepsi reżyserzy, najlepsza muzyka filmowa, a nawet najlepszy montaż. I gdyby wszyscy wytypowani przez członków Akademii Filmowej  mogli otrzymać nagrody- każdy byłby zadowolony. Niestety, zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego decyzje Akademii często budzą spore kontrowersje. Wiele naprawdę bardzo dobrych filmów nigdy nie walczyło  o statuetkę, co więcej wiele mogło się pochwalić nominacjami… i niestety tylko nimi. Podobnie bywa z aktorami, którzy pomimo dużej liczby nominacji (rekordzista  Kevin O’Connel –producent muzyczny,ma ich na swoim koncie 20!) statuetki do dzisiaj nie otrzymali. Do najbardziej znanych „wielkich przegranych” należą Glenn Close (6 nominacji), Julianne Moore (4 nominacje) Amy Adams (5 nominacji) czy Leonardo DiCaprio, którego Akademia chyba po prostu nie lubi, bo to ,że jest świetnym aktorem wiedzą wszyscy (4 nominacje). Dwa ostatnie nazwiska mają szanse powalczyć o tegoroczne nagrody- Amy Adams za rolę w American Hustle, Leo za Wilka z Wall Street (widziałam i stwierdzam, że krytycy mieli rację przyznając mu Złotego Globa, oby decyzja Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej była dobrym zwiastunem  marcowych wydarzeń ;)) Ja swoich typów jeszcze nie zdradzę, ale DiCaprio kibicuję od zawsze! (chociaż jeden z tegorocznych przeciwników- Christian Bale- nie pozostaje mi obojętny- to chyba ten urok Batmana ;)

  Korzystając z tego, że Oscary to teraz najgorętszy temat ostatnich tygodni, zamieszczam kilka najbardziej wzruszających i zaskakujących chwil, jakie miały miejsce podczas gali wręczenia nagród:

Za najbardziej wzruszający moment uznano przemowę Halle Berry, którą wygłosiła po otrzymaniu statuetki za pierwszoplanową rolę żeńską w filmie Czekając na wyrok (była pierwszą Afroamerykanką z nagrodą Akademii w tej kategorii !)



Kolejnym z serii "touching moments" było odebranie statuetki w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy przez rodzinę zmarłego rok wcześniej Heatha Ledgera (za rolę Jokera w Mrocznym rycerzu)




Natomiast największym zaskoczeniem okazało się nieprzyjęcie nagrody przez Marlona Brando w 1974 za  pierwszoplanową rolę męską w filmie Ojciec chrzestny. Zobaczcie kto reprezentował aktora i co było powodem rezygnacji ze statuetki: 



Na wiadomość o wygranej niespodziewanie zareagował Adrien Brody- z radości gorąco wycałował... Halle Berry! Zarówno aktorka jak i publiczność zgromadzona w Dolby Theatre w Hollywood nie kryli zaskoczenia ;) Do aktora powędrował Oscar za pierwszoplanową rolę męską w filmie R. Polańskiego Pianista


A na zakończenie niezwykle sympatyczni (i bardzo młodzi) zwycięzcy w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny do filmu Buntownik z wyboru (1997r.)- Ben Affleck & Matt Damon i ich baaardzo energiczna przemowa ;) 



***I jeszcze mały bonus: przemowa Jacka Nicholsona z roku 1975 <33 ( Oscar za pierwszoplanową rolę męską w filmie Miloša Formana Lot nad kukułczym gniazdem ):




Udanego weekendu Wam życzę! ;)


Holly Wood

piątek, 27 grudnia 2013

Dziewczyna z Lilią

Kiedy w wakacje, zobaczyłam ten tytuł w repertuarze kin studyjnych i przeczytałam streszczenie fabuły, stwierdziłam: "koniecznie muszę to zobaczyć!". Wówczas go nie obejrzałam, ale po  kilkumiesięcznym oczekiwaniu, w końcu się udało (co prawda na DVD, ale zawsze coś)!  Tak więc, jestem świeżo po seansie, cały czas pod wpływem różnych emocji, które zapewne wprowadzą tu nutkę chaosu, ale i naturalnej ekscytacji. Parę ważnych uwag na początek. Po pierwsze ten film, nie jest pod żadnym kątem normalny. Wszystko w nim jest raczej nienormalne- zachowania, ubiory, wnętrza pomieszczeń, wynalazki- ale to czyni go atrakcyjnym. Po drugie, jeśli ta recenzja będzie miała jakiś wpływ na to, że zdecydujecie się obejrzeć ten film, to jestem pewna, że 60% procent z Was, wyłączy go po pierwszych dziesięciu minutach (myśląc: "co to za farsa?!")... szczególnie, jeśli nigdy wcześniej nie mieliście styczności z nowym kinem francuskim, które jest bez wątpienia nietuzinkowe. Osobiście je uwielbiam, ale rozumiem, też głosy krytyki. Kino francuskie, podobne jest specyfiką do np. twórczości Quentina Tarantino, albo Woody' ego Allena- albo się to kocha, albo nie znosi. Nic pomiędzy! 

Fabuła "Dziewczyny z Lilią", kręci się wokół pary głównych bohaterów: Chloe (Audrey Tautou)  i Colina (Romain Duris). On jest młodym, dobrze sytuowanym wynalazcą, który pod wpływem opowieści o związkach przyjaciół, postanawia niezwłocznie poszukać sobie dziewczyny (oczywiście z OGROMNĄ pomocą znajomych) i spotyka Ją- Chloe. Oboje są nieco nieporadni, ale łączy ich pewna wyjątkowość. Wydają się być, sobie przeznaczeni. Obserwujemy, jak ich związek się rozwija. Punktem zwrotnym w ich relacji jest wiadomość, że Chloe zapadła na rzadką chorobę, polegającą na rozwijaniu się w jej płucach żywego kwiatu- Lilii, który nie pozwala jej normalne funkcjonować (kaszel, omdlenia). Zakochani postanawiają walczyć z chorobą, a pomoc w osiągnięciu celu ofiarują im, ich oddani przyjaciele. Jak już wcześniej wspomniałam film jest francuskiej produkcji. Powstał na podstawie powieści Borisa Viana "Piana złudzeń". Jeśli chodzi o duet Tautou- Duris, to nie ich pierwszy wspólny projekt. Widziałam ich już wcześniej w innych filmach, min. "Smaku życia 2". I tym razem nie zawiedli, kreując bardzo intymną i magiczną więź, która połączyła Chloe i Colina.

Powracając do samej fabuły. Wątek wydaje się być skądś znany? Przewidywalny? Nie, to tylko złudzenie. Film zupełnie odbiega od jakichkolwiek kategorii czy gatunków. Nie da się go jednoznacznie sklasyfikować. Ma w sobie elementy: komedii, dramatu, romansu, groteski a nawet baśni. Niejednokrotnie, w trakcie filmu wydawał mi się, że cześć wynalazków Colina, była niczym moje fantazyjne rysunki z dzieciństwa.  Film jest zabawnym i groteskowym (przez co też bardziej tragicznym) odbiciem rzeczywistości. Być może sama nie wysiedziałabym tych dwóch godzin, gdyby nie moja nadzieja, na wyniesienie z filmu "czegoś więcej" (to akurat, mała lekcja po "Spring Breakers"). Nie zawsze liczy się treść, czasami większego sensu obrazowi nadaje forma. Akcja (co jest jak dla mnie, jedynym minusem filmu) bardzo powoli się rozwija. Jednak dzięki temu pozwala nam lepiej wyłapywać pewną symbolikę i odwołania intertekstualne. Historia przyjaciela wpadającego w nietypowe uzależnienie (godne zresztą XXI wieku), prześmiewcze pokazanie pewnych absurdalnych obyczajów i problemów współczesnego świata, wewnętrzne zagubienie i bezsilność. To tylko niektóre wątki poboczne "Dziewczyny z Lilią". Bardzo abstrakcyjny sposób zobrazowania całkiem prostej historii, zapobiegł powstaniu kolejnego patetycznego wyciskacza łez czy banalnej historii miłosnej. Paradoks w tym, że każda historia miłosna jest na swój sposób banalna i niezwykła jednocześnie, i jak pokazuje film, tylko ona pozostaje wciąż normalna.

Dziewczyna z Lilią/ L'ecume des jours
reż. Michel Gondry, 2013
dys. Kino Świat





Miss Scarlett

sobota, 21 grudnia 2013

Zapraszamy... do świątecznej filmoteki!


Nadal pozostajemy w klimacie Świąt Bożego Narodzenia ;) Skoro było już o świątecznych piosenkach, nie może zabraknąć gwiazdkowych propozycji filmowych. Czas Bożego Narodzenia to idealny moment na spędzenie go na ulubionej kanapie, łóżku, fotelu w towarzystwie płyt DVD, bądź z pilotem i programem telewizyjny w ręce, po którym, zbyt wiele nie można się spodziewać. Co więcej, każdy pewnie zna ten program na pamięć... I tak, co roku mamy okazje oglądać Kevina samego w domu, (z czego osobiście bardzo się cieszę!) Grinch: Świąt nie będzie, W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju, To właśnie miłość, Cztery gwiazdki, Zawód: Święty Mikołaj, całą serię bajek w wersji świątecznej- Madagwiazdka, Pada Shrek, Epoka lodowcowa: Mamucia gwiazdka oraz polskie filmy historyczne- Potop czy Pan Wołodyjowski. Króluje kino familijne i komedie romantyczne. Ciągłe powtarzanie tych samych produkcji dla niektórych bywa męczące, zwłaszcza, jeżeli co roku stacje telewizyjne serwują nam to samo. Dlatego niezadowolonym i sfrustrowanym powtórkami proponuje udać się do wypożyczalni filmów DVD, a tym, którzy lubią przypomnieć sobie te tradycyjne już produkcje nie pozostaje nic innego jak zasiąść przed telewizorem z talerzem pełnym makówek i smażonych ryb! 

Oto lista filmów, które ja z ogromnym sentymentem i przyjemnością oglądam w Święta Bożego Narodzenia;-) 

Kevin sam w domu- to kultowa opowieść, która znają chyba wszyscy. Bawi i wzrusza jednocześnie. Specyficzna amerykańska atmosfera, wielka choinka z mnóstwem prezentów, bogato udekorowany dom, ogrom światełek- to wszystko sprawia, że pomimo braku śniegu za oknem naprawdę czujemy się bardzo świątecznie! Uwielbiam też uroczego Kevina (Macaulay Culkin) oraz jego niebywałą jak na 8-latka zaradność i pomysłowość. Moja ulubiona scena to ta, w której urządza w domu przyjęcie by odstraszyć potencjalnych włamywaczy i przekonać ich o tym, że nie mieszka sam ;) To jest film, który jak zwykle muszę  zobaczyć! 



Holiday- bardzo pogodna i przyjemna historia dwóch kobiet: Amandy (C. Diaz) i Iris (K. Winslet), które na okres Świat Bożego Narodzenia postanawiają zamienić się… domami. Jedna z nich opuszcza wielkie miasto i trafia na angielska wieś, druga porzuca spokojny domek na peryferiach po to, aby spędzić kilka dni w Los Angeles. Zarówno Iris jak i Amanda mają za sobą nieudane związki i mimo tego, że nie szukają miłości, ona sama je odnajduje. W życiu Amandy pojawi się bardzo, bardzo przystojny Graham (J. Law), a Iris zostanie oczarowana przez artystę Milesa (Jack Black). Ciekawy scenariusz, świetni aktorzy, czegóż chcieć więcej? Zdecydowanie polecam! 



To właśnie miłość- kolejny już klasyk z serii świątecznych komedii romantycznych. Cała fabuła opiera się na kilku watkach, które łączy bożonarodzeniowa atmosfera i przede wszystkim... miłość! Z pozoru kompletnie różne historie mają ze sobą wiele wspólnego. Bohaterowie poszukują szczęścia, bezpieczeństwa, wsparcia i kogoś, z kim mogliby spędzić ten wyjątkowy grudniowy czas. Na uwagę zasługuje też ścieżka dźwiękowa. Ogromny plus za wybór piosenek, nie tylko tych świątecznych. 



Bezsenność w Seattle- to film, który darzę dużym sentymentem i chętnie do niego wracam. Niektórzy uważają, że jest nudny, schematyczny, a cała historia jest przerysowana i znacznie odbiega od rzeczywistości. Może tak jest, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Wszystko zaczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia, kiedy to kilkuletni Jonah (R. Malinger) w czasie audycji radiowej dzwoni do prowadzącej  dr Marcii Fieldstone i opowiada o swoim tacie, który wciąż przeżywa śmierć żony. Po chwili do telefonu podchodzi Sam… i rozpoczyna długą rozmowę o tym za czym tęskni, dlaczego nie potrafi pogodzić się ze śmiercią żony. Audycji słucha cała Ameryka i słucha jej także jadąca samochodem Annie. Urzeka ją zarówno mały Jonah jak i jego ojciec. Pomimo tego, że wkrótce ma przyjąć oświadczyny Waltera (B. Pullman) nie potrafi zapomnieć Samie- „bezsennym z Seattle”… Uważam, że losy Annie (M. Ryan) i Sama (T. Hanks) to jedna z najlepszych miłosnych opowieści doprawiona magią, którą na pewno da się poczuć, zwłaszcza w równie magiczny czas jakim jest Boże Narodzenie! 



Wigilijny show- to uwspółcześniona wersja Opowieści wigilijnej. Rola książkowego Scrooge’a przypadła Frankowi (B. Murray), producentowi telewizyjnemu. Złe wspomnienia z dzieciństwa, ciągła gonitwa w poszukiwaniu lepszej pracy, lepszego stanowiska, skupienie się tylko i wyłącznie na karierze sprawiło, że Frank stał się nieczułym i skąpym człowiekiem. Według Franka Święta Bożego Narodzenia to nie rodzinna atmosfera i wspólne spędzanie czasu, a czas, w którym słupki oglądalności gwałtownie rosną. Wszystko zmienia pojawienie się trzech duchów... Opowieść wigilijna to klasyka, która idealnie sprawdza się w ten świąteczny czas. Przypomina o tym, co tak naprawdę powinno być w życiu ważne.



Dziennik Bridget Jones- nikt tak nie ujmuje jak Pan Darcy w sweterku z reniferem! <3 To jeden z powodów dla których chętnie po raz kolejny będę śledzić losy jedynej w swoim rodzaju Bridget. Duża dawka humoru, świetne dialogi i muzyka. Do tego filmu chyba nie trzeba nikogo zachęcać.. ;) A co najważniejsze: świątecznych akcentów nie brakuje. To film z serii: czas na odrobię relaksu!



To tylko niektóre z filmów, które staram się oglądać w okresie bożonarodzeniowym. Lubię przypominać sobie także te dawno niewidziane. Po krótkim przejrzeniu propozycji telewizyjnych chętnie zobaczę Titanica, Uwierz w ducha, Rzymskie wakacje czy Przeminęło z wiatrem. A Wy, co oglądacie podczas Świąt Bożego Narodzenia?;) 



wtorek, 10 grudnia 2013

We did it ! - czyli 12 małp T. Gilliama jako klasyka filmów science- fiction!


   Ostatnio lubię oglądać filmy z kategorii science-fiction. To dość dziwne zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie ciekawiły mnie losy kosmitów, tego czy znajdzie się ktoś,kto po raz kolejny ocali świat przed zagładą, jak potoczą się losy superbohaterów, czy obcy przejmą władzę nad ludzkością, a jedyną postacią, którą darzyłam sympatią był E.T. Zresztą wszyscy znamy te utarte scenariusze i schematy, mimo to za każdym razem z napięciem czekamy na rozwój wydarzeń, chociaż wiemy, że twórcy proponują nam zawsze dwa wyjścia: szczęśliwe bądź nieszczęśliwe zakończenie. W przypadku filmów z gatunku science-fiction, których kolejne części, sequele, prequele są tworzone na potęgę, w dużej mierze tylko po to, aby przyciągnąć do kin jak najwięcej widzów, zarobić miliardy i stać się numer jeden box office’u, zakończenie to punkt wyjścia dla następnej części. I tak oto fani Gwiezdnych Wojen czy Batmana mogą liczyć na kolejne odsłony ulubionych bohaterów i chodzić do kina częściej- co najmniej kilka razy na dekadę

   Nie będzie jednak ani o kultowych Star Wars, ani o tajemniczym opiekunie Gotham City ( będzie innym razem!), a o amerykańskiej produkcji 12 małp z 1995 r.- filmie, do którego przymierzałam się już dawno i w końcu udało mi się go zobaczyć. I nadal pozostaje pod jego dużym wrażeniem. Jest to dość skomplikowana historia i nie chciałabym tutaj opowiadać całej fabuły, bo liczę, że sami sięgniecie po tą filmową pozycje. Poza tym trudno w kilku zdaniach przedstawić losy bohaterów, gdyż wszystko, co dzieje się w ciągu tych dwóch godzin jest niezwykle ważne dla zrozumienia filmu. Cała historia rozpoczyna się od intrygującej  sceny strzelaniny na lotnisku -pokazanej z perspektywy małego chłopca. Nie wiemy czy jest to sen czy wspomnienie. Następnie przenosimy się do roku 2035, w którym ludzkość praktycznie przestała istnieć, przetrwała jedynie garstka osób żyjących pod ziemią. Jest to skutek wielkiej epidemii wirusa, która wybuchła w 1996 r., pochłaniając 5 mld ludzi. Grupa naukowców, aby wyjaśnić przyczyny katastrofy wysyła głównego bohatera Jamesa Cole’a ( Bruce Willis) do przeszłości, a dokładniej do roku 1990. Tam spotyka on psychiatrę, dr Kathryn Railly ( Madeleine Stowe) i zostaje jej pacjentem ( uznany za osobę chorą psychicznie, głownie z powodu głoszonych treści o rychłym końcu ludzkości). W zakładzie dla umysłowo chorych poznaje nieobliczalnego Jeffreya Goinesa ( Brad Pitt), którego ojciec prowadzi badania nad wirusami…Cole dzięki kolejnym podróżom w czasie wpada na trop organizacji 12 małp, która według naukowców ma być odpowiedzialna za rozprzestrzenienie się groźnej bakterii i na czele której ma stać..Jeffrey. Czy James znajdzie osobę, będącą odpowiedzialną za wybuch epidemii? Czy wśród tysięcy sceptyków i niedowiarków, znajdzie kogoś, kto uwierzy w przerażającą przepowiednie zagłady i udzieli mu wsparcia? I co kryje tajemnicza organizacja 12 małp, której firmowym znakiem jest podpis :We did it! ? Jaką rolę w grze o przyszłość świata odegra doktor Railly i szalony Jeffrey Goines? I co wspólnego z całą historią ma wspomniana przeze mnie pierwsza scena, pojawiające się w filmie kilkakrotnie? 

   Właśnie dlatego trzeba ten film koniecznie zobaczyć! Dla świetnej gry aktorskiej, dla muzyki, dla oryginalnego scenariusza i przede wszystkim dlatego, że niesamowicie wciąga, zmusza nas do myślenia, stawia pytania, zagadki, a próba ich rozwiązywania to sama przyjemność, zwłaszcza, że nic w tym filmie nie jest oczywiste…12 małp to propozycja dla wszystkich-dla tych, którzy uwielbiają kino science-fiction i którzy go nie znoszą ( bo oprócz wątków s-f mogą liczyć na świetną akcję, niepowtarzalny klimat i ciekawą fabułę), dla wielbicieli talentu Bruce’a Willisa czy Madeleine Stowe, dla lubiących skomplikowane historie i nagromadzenie retrospekcji itd. Mam nadzieję, że zachęciłam Was , drodzy Czytelnicy do zajrzenia na półkę z produkcjami science-fiction i sięgnięcia po klasyczną już w tej kategorii pozycję 12 małp Terry’ego Gilliama 


Soundtrack----> Music Theme

Holly Wood

piątek, 8 listopada 2013

Na jesienne pory...najlepszy seans filmowy!

  Po kilku typowo muzycznych felietonach przyszedł czas na mała odmianę. Tym razem będzie bardziej filmowo, chociaż nie zabraknie kilku muzycznych propozycji. Na listopadowe wieczory, na ten ponury i senny czas, który mamy tak naprawdę dopiero przed sobą, seanse filmowe są idealnym rozwiązaniem. Nie ma nic lepszego niż mała uczta kinomana! Wystarczy koc, wygodny fotel, kubek gorącej herbaty i zestaw ulubionych słodyczy. Kiedy zorganizujemy sobie ten cały pakiet możemy rozpocząć oglądanie. Czasami niestety zdarza się, że ciepły pled, za duża ilość poduszek wokół oraz błogi stan zaspokojenia kubków smakowych powodują uczucie senności, a cały ambitny plan naszej filmowej uczty kończy się w momencie, kiedy tak naprawdę jeszcze się na dobre nie rozpoczął. Ale my-miłośnicy filmów nigdy nie dajemy zapędzić się w pułapkę i nawet podczas telewizyjnych reklam nie zamykamy oczu ( popularne zamknę oczy tylko na chwilkę albo powiedz mi/obudź mnie jak się skończy reklama bywają zdradliwe. Większość po prostu tych oczu nie otwiera, nawet kiedy obarczona niewdzięczną rolą osoba próbuje krzyczeć i szturchać rzekomo zainteresowanego filmem. Jak wiadomo pomimo tego, że osobnik ten śpi dalej i nie wykazuje chęci dalszego uczestnictwa w seansie, to na drugi dzień ma pretensje do całego świata o to, dlaczego nikt go nie obudził! ) Ale jak już wspomniałam my-kinomaniacy- takich sytuacji, na szczęście, nie znamy. 

  Kiedy już mamy ten fotel i to jedzenie i tą herbatę zaczynamy oglądać. Tu może pojawić się kolejny problem, a mianowicie wybór filmu, który chcemy danego wieczoru obejrzeć. Poszukiwania odpowiedniego tytułu mogą zająć całe wieki. I nie chodzi tutaj bynajmniej o dostępność czy małą ilość filmowych propozycji, ale o zwykłe niezdecydowanie. Wahamy się pomiędzy ulubionym aktorem a reżyserem, horrorem a dramatem obyczajowym, klasyką a kinowymi nowościami i tak dalej... To naprawdę ciężki wybór! Dlatego warto mieć listę filmów, które koniecznie chcemy zobaczyć. Dzięki temu zaoszczędzimy trochę czasu i nerwów. Dobrze jest tez kierować się naszym nastrojem, który podpowie nam czy ten wieczór to idealny czas na komedię romantyczną czy wręcz przeciwnie, potrzebujemy czegoś bardziej realistycznego, a mniej przesłodzonego jak chociażby dramat, np. wojenny. Jeśli przebrniemy przez wszystkie etapy: mamy wygodne miejsce, przekąski, film(!) możemy w końcu rozpocząć seans. Możemy też kogoś zaprosić do wspólnego oglądania. Byle nie znajomego, z którym dawno się nie widzieliśmy, wiadomo to skutkuje raczej ciągłym odrywaniem się od ekranu monitora/telewizora i prowadzeniem rozmowy, a w efekcie rozproszenia i rozkojarzenia-, czyli jednym słowem: nie wiemy z filmu nic. W większej grupie dobrze ogląda się komedie i horrory- w obu przypadkach jest śmiesznie. Za to dramaty, wyciskacze łez raczej we własnym towarzystwie,bo nie wiem czy ktoś lubi publicznie się wzruszać.

  I tak właśnie wygląda uczta kinomana. Oczywiście towarzyszą jej głębokie przemyślenia, rozterki i dyskusje, ale w większości przypadków tylko do momentu, kiedy położymy się spać, bo jutro przecież czeka nas nowy dzień, nowa uczta, nowy film i nowe refleksje.

  W te listopadowe, jesienne wieczory wybieram melodramaty, bo są długie, klimatyczne, wzruszające, z piękną muzyką i wątkiem miłosnym w tle oraz komedie romantyczne, bo są tak radosne, tak przyjemne i tak cudownie nieżyciowe! Z serii melodramatów polecam filmy: Dom dusz ( świetna obsada i scenariusz na podstawie powieści chilijskiej pisarki Isabell Allende), Joe Black ( klimatyczne, prawie trzygodzinny obraz Hopkinsem i Pittem w rolach głównych, którzy występują także w kolejnej propozycji- Wichrach namiętności, Miasto aniołów ( pięknie i wzruszająco) i Jeden dzień- to po prostu jeden z moich ulubionych filmów. A z komedii romantycznych: oczywiście Pretty Woman, Szczęśliwy dzień, Bezsenność w Seattle, Ja Cie kocham a Ty śpisz i niezawodną Bridget Jones, tutaj chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego warto sięgnąć po właśnie te tytuły. A Wy, co oglądacie jesienną porą?;)

Napisałam, że będzie muzycznie, dlatego wrzucam kilka utworów pochodzących z filmowych propozycji:


Holly Wood


niedziela, 6 października 2013

About..."About time"

....czyli pierwsza z cyklu filmowych recenzji   

Lubię  wiedzieć na co się piszę, kiedy siadam w  niewygodnym kinowym fotelu, a moje pozakładane  nogi toczą wojnę z ilością przestrzeni wokół (a raczej jej  brakiem). Za każdym razem mam nadzieję,że wszystkie niedogodności zrekompensuje mi co najmniej półtoragodzinna filmowa uczta, niezależnie od tego czy moim wyborem był romans czy film science- fiction. Tym razem nie mogło być inaczej. Nowy obraz Richarda Curtisa, producenta i reżysera takich kinowych przebojów jak "Notting Hill", "To właśnie miłość" czy "Dziennik Bridget Jones" dowodzi, że jest w doskonałej formie. Jego najnowsza produkcja to połączenie wielu gatunków filmowych, bo znajdziemy tutaj i coś z dramatu, kina obyczajowego, fantastyki,ale przede wszystkim- komedii romantycznej. "Czas na miłość" to historia młodego Brytyjczyka Tima, który pewnego dnia dowiaduje się o swojej niezwykłej zdolności jaką jest  podróżowanie  w czasie, a dokładniej podróżowanie w przeszłość. Od tej pory jego życie diametralnie się zmienia. Za cel obiera sobie znalezienie odpowiedniej dziewczyny, z która mógłby spędzić resztę życia. Ten niezwykły dar jest dla nieśmiałego Tima błogosławieństwem, ale  wiąże się także z poważnymi konsekwencjami. Okazuje się, że zmiany jakich dokonamy w przeszłości niekoniecznie ochronią  nas przed tym co nieuchronne...
  
Całej tej romantycznej historii towarzyszy świetna muzyka i piękne angielskie krajobrazy, co sprawia, że film ogląda się z przyjemnością. "Czas na miłość"  to przed wszystkim duża dawka pozytywnej energii i śmiechu, dlatego atutem filmu jest z pewnością scenariusz. Co ciekawe, jest to jeden z niewielu obrazów, gdzie główny bohater w niczym nie przypomina amerykańskiego gwiazdora z perfekcyjnym uśmiechem i nienagannym wyglądem. Aktor Domhnall Gleeson (Tim) świetnie poradził sobie z rolą typowego 'rudzielca', który swoją osobą urzeka już od pierwszej sceny. Partneruje mu Rachel McAdams- weteranka filmów miłosnych, która zawsze wypada świetnie, chociaż powoli zaczyna być kojarzona z rolą...pięknej ukochanej. Raz jest dziewczyną Ryana Goslinga ("Pamiętnik"), a raz żoną Channinga Tatuma ("I że cię nie opuszczę"). Tak czy siak, ogląda się ją naprawdę świetnie.

Film "Czas na miłość" ma pewne przesłanie- przypomina o tym, że życie to coś niezwykłego i niepowtarzalnego, dlatego należy z niego w pełni korzystać, gdyż póki co wyprawy w przeszłość to dla nas abstrakcja, a jak czytamy w wierszu W. Szymborskiej "Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy...".

Holly Wood